W rękach Grzegorza

W RĘKACH GRZEGORZA SZAFRANA

Na ostatnim festiwalu „Nie z tej ziemi” zaczepiła mnie nieznajoma kobieta: – Tyle się po tych różnych bioterapeutach najeździłam! Tyle pieniędzy wydałam! I na nic. Bezskutecznie. Dopiero po zabiegach u Szafrana nic mnie nie boli, mogę swobodnie oddychać, wiem, że żyję. Niech pani zapamięta jego nazwisko i o nim napisze.

Już od dłuższego czasu docierały do redakcji „Uzdrawiacza” wieści o osiągnięciach terapeutycznych i skutecznej pomocy udzielonej chorym przez tego krakowskiego bioterapeutę. Postanowiłam się nim zainteresować. W chwilę później zobaczyłam go w festiwalowym tłumie.

- Gdzie Pan ma swoje stoisko czy boks do przyjmowania pacjentów?

- Tutaj nie przyjmuję nikogo – odpowiedział. – Jest tu zbyt wiele złej energii, hałas, duży ruch. Proszę przyjść jutro do mojego gabinetu. Porozmawiamy, zademonstruję swoje metody.

I tak dostałam się w ręce GRZEGORZA SZAFRANA.

● ● ●

UZDRAWIANIE MUSI MIEĆ COŚ Z MAGII

Grube mury starej kamienicy pozwalają zapomieć, że tuż obok jest ruchliwa ulica i wielkomiejski pośpiech. Przytłumione światło, płonąca świeca, wszechobecna relaksująca muzyka. Nigdy nie byłam przekonana do bioterapeutów, którzy przyjmują pacjentów w biegu i byle gdzie, nawet w korytarzu. Po kilkuset dziennie. Uzdrawianie musi mieć coś z magii i misteriów, aby działało na podświadomość chorego. Wymaga nastroju, spokoju, czasu. Także dyskrecji. Dlatego spodobało mi się to, że Grzegorz Szafran umawia się na konkretną godzinę z każdą osobą potrzebującą pomocy, poświęca jej wiele czasu, stwarza odpowiedni nastrój. Sam pełen wewnętrznego, jakby dalekowschodniego spokoju, stara się, aby przed rozpoczęciem zabiegu pacjent pozbył się napięcia nerwowego, złych uczuć i myśli. To przyspiesza proces uzdrawiania.

W dawnych kulturach oczyszczającym rytuałem było na przykład odkażanie ziołami. Dla zestresowanego współczesnego człowieka lepsza jest kojąca rozmowa i harmonijne gesty oczyszczające aurę. Po wstępnym przygotowaniu zabiegi wykonywane przez Szafrana mają różny przebieg, w zależności od pacjenta i jego problemów zdrowotnych. Może to być bioenergoterapia, reiki, biomasaż, terapia manualna kręgosłupa.

● ● ●

GDY UCHO STAJE SIĘ ŚWIECZNIKIEM

Jedną ze specjalnośći tego bioterapeuty jest świecowanie uszu. Jest to skuteczna terapia w przypadku schorzeń narządów słuchu, nosa, zatok, gardła, bólów głowy i migren. Likwiduje szumy w uszach, wyostrza słyszenie usuwając nadmiar woskowiny ukrytej głęboko w przewodzie słuchowym. Według chińskiej medycyny uszy są powiązane z nerkami, wątrobą, tak więc ta terapia może poprawić także działanie narządów wewnętrznych. Ponieważ dokuczały mi od czasu do czasu zadawnione schorzenia uszu, pozostałości po nieprzeleżanej grypie, Grzegorz Szafran postanowił zacząć uzdrawianie mnie od tych właśnie zabiegów.

Muszę przyznać, że ta szamańska metoda Indian Hopi, przywieziona do Polski z Kanady przez olsztyńskiego bioterapeutę Adama Wiśniowieckiego, jest niezwykle przyjemna. Leżałam wygodnie na kozetce. Po masażu receptorów na małżowinie usznej, terapeuta wpuszczał do środka kroplę ślisko-chłodnego kremu. Następnie delikatnie wkręcał do przewodu słuchowego świecę i zapalał. Potem to samo robił z drugim uchem. Nie były to zwyczajne świece, ale rozszerzające się górą rurki, wykonane z włókna lnianego, nasączonego ekstraktem miodu, woskiem, sproszkowanymi ziołami, olejkami eterycznymi.

Świeca spala się około 15 minut. Pobudza obieg energii w obrębie głowy. Wytwarzając podciśnienie w kanale usznym działa na zasadzie komina i wyciąga głęboko tkwiące zanieczyszczenia. Jednocześnie substancje ziołowe i olejki eteryczne wnikają do wnętrza i leczą. Trzaski płonącej świecy kojarzą się z ogniskiem gdzieś na polanie lub zacisznym kątem przy kominku. Wspaniały relaks. Można skupić się na doznaniach własnego ciała, zasnąć albo myśleć o czymś przyjemnym. Moje myśli, sprowokowane nazwą tej terapii szybowały na amerykański kontynent, gdzie w czasie ostatnich wakacji włóczyłam się po dziewiczych parkach narodowych i indiańskich rezerwatach, m.in. także Indian plemienia Hopi. Aby był pozytywny efekt, zabiegów takich powinno się wziąć kilka, w odstępach dwu, trzydniowych.

Czy lepiej słyszałam po świecowaniu uszu? Trudno mi powiedzieć. Na pewno inaczej. Nałogowi palacze papierosów rzuciwszy palenie często stwierdzają ze zdumieniem, że świat jest pełen cudownych zapachów, z których przedtem nie zdawali sobie sprawy. Coś podobnego odczuwałam wychodząc po tych zabiegach, tylko, że nie chodziło o zapachy ale o dźwięki. Miałam wrażenie, że rozszerzyła się skala słyszanych przeze mnie tonów, w górę i w dół. Nawet zgiełk uliczny wydawał się muzyką. Muszę też przyznać, że znakomicie się czułam po zabiegu bioenergetycznym wykonanym przez tego terapeutę